Hej, hej witajcie:-)))
Wszystkich moich Czytelników chcę dzisiaj zabrać na ciekawą, malowniczą wycieczkę :-)))
Jesteście gotowi poznać uroki Prowansji??? Jeśli tak - zapraszam na sentymentalną wędrówkę po bajecznej krainie - z aromatem lawendy unoszącym się w powietrzu.
Gotowi - zatem ruszajmy za naszym Przewodnikiem:-)))
Jest siódma rano, niektórzy dopiero wstali lub jeszcze leniwie przeciągają się w łóżkach a my - właśnie wjeżdżamy do Prowansji :-))). Pierwsze promienie porannego słońca obiecują piękny i ciepły dzień. W
Bedoin, leżącym u stóp Mont Ventoux – prowansalskiego olbrzyma,
policjanci rozstawiają na głównej ulicy barierki z napisem deviation
[objazd]. Aż do 14:00 ruch w tym niewielkim miasteczku będzie
wstrzymany.
Na pierwszy rzut oka jest niezły bałagan
– w cieniu platanów rozstawiane są stoliki i skrzynki. Pochłonięci
przygotowaniami kupcy witają się dość wylewnie ze swymi „sąsiadami” –
ściskają się, całują, wykrzykują radosne "bonjour". Wszystko odbywa się sprawnie, ale bez śladu pośpiechu, jakby owe uprzejmości i wspólnie spędzane chwile były wpisane w scenariusz tego widowiska. Na koniec przynoszą świeże croissanty z czynnych już od dobrych paru
godzin piekarni, pełnych cudownie pachnących, ciepłych bagietek i
słodkich bułek. Inni urywają się na moment, żeby przy barze wypić
poranną kawę i trochę poplotkować. To ostatnie wolne chwile, zanim
dookoła zacznie się kłębić tłum kupujących.
Po 8:00 przy stoiskach z warzywami,
serami i wędlinami pojawiają się pierwsze gospodynie, pragnące
zaopatrzyć się w zapasy na cały tydzień, bez pośpiechu, zanim zrobi się
tłoczno.
Z każdą chwilą robi się coraz głośniej i
gwarniej. Ze wszystkich stron zaczynają schodzić się ludzie, w
większości zaopatrzeni w kosze plecione z trawy – nieodzowne w tym
miejscu atrybuty. Pojedynczo, parami, w małych grupkach i... znów
powitania, całusy, salut! Ca va? Z radosnym klepaniem po plecach, z
salwami gromkiego śmiechu, bo targ to tutejsza miasteczkowa tradycja i
święto.
Co tydzień ci sami kupcy i ci sami klienci - niektórzy z nich są starymi przyjaciółmi - dla których to okazja do cotygodniowego spotkania i umówienia się na wieczorny I'aperitife.
Ktoś cmoka, próbując oliwki a la provencal, ktoś
inny zajada się jeszcze ciepłym chlebkiem fougasse z rozmarynem. Turyści
kupują pachnące mydła i lawendę w woreczkach, które, gdy już wrócą do
domów, pozwolą im znów przenieść się w to magiczne miejsce.
Dużą uwagę przyciągają wyroby z drewna
oliwkowego, duma lokalnych rzemieślników. Kuszą pięknymi, naturalnymi,
nieregularnymi wzorami. Dalej lśnią w słońcu stosy ceramicznych misek,
miseczek, butelek na oliwę i dzbanków. Pod drzewem, na długim stole
piętrzą się suszone na wietrze kiełbasy, różnych wielkości i z
rozmaitymi dodatkami. Naprzeciwko ktoś zachwala oliwę z okolic Les Baux - prowansalskiego zagłębia oliwkowego. Tak jak najlepsze wina, posiada ona apelację A.O.C., swoisty certyfikat najwyższej jakości.
Lekkie burczenie w brzuchu przypomina, że jest już południe i czas pomyśleć o lunchu. Godziny posiłków to dla Francuzów rzecz święta
,
a w Prowansji szczególnie daje się to odczuć. Od czci i wiary odsądzani
są ci, którzy nie zamykają swych sklepów chociaż na 2 godziny.
Oczywiście nie dotyczy to rozmaitych kawiarni, barów, restauracji i
oberży – te muszą być otwarte w oczekiwaniu na amatorów lekkiego
południowego posiłku, z obowiązkową lampką rose.
Lunch zwykle poprzedzony jest szklaneczką likieru anyżkowego
(pastis), który, podany w szklance z lodem i odrobiną wody, lekko
mętnieje. Innym sposobem na około południową przekąskę, zwłaszcza dla
zmotoryzowanych turystów, jest piknik.
Jak w całej Prowansji, również na zboczach Mont Ventoux, wznoszącego się
nad Bedoin, pełno jest wygodnych miejsc, by rozłożyć koc na trawie, i
stolików z ławeczkami, umiejscowionych w najbardziej malowniczych
punktach. Z koszem piknikowym nie trzeba się wysoko wspinać, by móc
podziwiać przepiękne widoki.
Legenda głosi, że prekursorem pieszych wypraw na szczyt był renesansowy
poeta Francesco Petrarka. Dziś można m.in. wybrać się na szczyt z
przewodnikiem, na wyprawę z pochodniami, by ujrzeć wschód słońca nad Prowansją
. W lecie wychodzi się przed północą, aby około 6 rano z wierzchołka podziwiać pierwsze promienie słońca.
Obok zarysu wąwozu rozpościera się płaskowyż Valensole – raj dla amatorów lawendy. W lipcu to miejsce zamienia się w intensywnie pachnący, fioletowy dywan
, jak wachlarz poprzetykany żółtymi polami kwitnących słoneczników i złotymi smugami dojrzewających zbóż.
Lawenda najpierw czaruje swoim widokiem i zapachem, potem dzięki
rojom pszczół biesiadujących w jej kwiatach nadaje smak miodowi
lawendowemu, a na końcu, po przekwitnięciu, jest ścinana dla cennych,
aromatycznych olejków. Kiedyś odbywało się to ręcznie, przy pomocy
sierpów, dziś w tej ciężkiej i żmudnej pracy wyręczają ludzi kombajny.
Serce Prowansji, między Mont Ventoux i wzgórzami Luberon, to kraina pełna uroczych miasteczek, pól dzikich ziół, starych tartaków porośniętych platanami, rozległych winnic i gajów oliwnych.
Pamiętające
kilka wieków prowansalskie, kamienne domy, były
rozbudowywane sukcesywnie wraz z rosnącymi potrzebami powiększających
się rodzin.
Uwagę przyciąga miejsce, gdzie pośród zieleni połyskują rude plamy. To miasteczko Roussillon, zbudowane na jednym z największych złóż ochry na świecie.
Owe złoża mają duży wpływ na wygląd Prowansji. Zgodnie z lokalnym zarządzeniem, kolor elewacji prowansalskich domów ma nawiązywać do odcieni ochry
. To samo dotyczy też drzwi i okiennic, które muszą zmieścić się w
kanonie barw pasujących do elewacji (błękity, fiolety). Dzięki temu
swoistemu kolorystycznemu rygorowi zabudowy i przyroda, i zabytki
zyskują dodatkowo na atrakcyjności.
Nieopodal Rousillon, na zboczu kremowych, wapiennych skał, usadowiło
się Gordes, pamiętające jeszcze czasy rzymskie, z labiryntem uroczych
uliczek i dumnie wyglądającym renesansowym zamkiem na szczycie.
Będąc tu, nie można nie zajrzeć do cysterskiego klasztoru Senanque.
Wijąca się górska droga ma szerokość zaledwie paru metrów i żeby się
minąć z nadjeżdżającym z naprzeciwka samochodem, trzeba czekać na
specjalne mijanki. Jednak widok ukrytego między wzgórzami,XII - wiecznego klasztoru na tle kwitnącego pola lawendy
, wynagradza trudy dojazdu. Popołudniami budowla rozbrzmiewa pięknymi dźwiękami gregoriańskich nieszporów.
Niewiele dalej kryje się Fontaine de Vaucluse. Miasteczko wybudowano przy tajemniczym źródle rzeki Sorgue
,
które wybija z niezwykle głębokiego skalnego otworu. Latem i jesienią
lustro wody jest tak nisko, że ledwo je widać, wiosną zaś woda bije do
góry z siłą wodospadu. Dna tej naturalnej studni szukał nawet legendarny
Jacques Cousteau. Ostatnie badania wskazują, że jej głębokość na pewno
sięga powyżej 318 m, zaś woda, która z niej wypływa, pochodzi z wyżej
położonej równiny Vaucluse i, zanim się pojawi w źródle, płynie
podziemnymi korytarzami długości 20-30 km.
Pośrodku mieniących się w słońcu wierzchołków białych skał – Chaine des Alpilles – wyrasta miasteczko Les Baux de Provence.
Malownicze maleństwo, którego dzieje sięgają IX wieku. Niestety nie
może poszczycić się zbyt chlubną historią. Jego właściciele często
korzystali ze strategicznego położenia warowni, podporządkowując sobie
sąsiednie wsie. Oprócz wspaniale zachowanych ruin zamku i kamienic,
przyciąga jeszcze jedną atrakcją – dawnymi kamieniołomami, obecnie znanymi jako galeria Carrieres de Lumieres.
W wielkich, wysokich na kilkanaście metrów grotach, pozostałych po
wydobyciu kamienia, w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia utworzono galerię obrazu i dźwięku. W
sezonie sto projektorów wyświetla na ścianach, sklepieniach i posadzkach
obrazy na określony temat; podczas trwającego 30 minut seansu można się
przenieść w zupełnie inny świat. Spektaklom towarzyszy zawsze
specjalnie skomponowana muzyka.
Z Chaine des Alpilles niedaleko do ukochanego miasta Van Gogha
–
Arles
– odkrytego jeszcze przez Rzymian, którzy pozostawili po sobie
monumentalną arenę i pamiętające dawną świetność ruiny teatru
antycznego.
Na arenie w sezonie letnim odbywają się korridy, podczas których – w
przeciwieństwie do hiszpańskich – nie leje się bycza krew. Podczas
course camarguaise (tak nazywa się ta sportowa gra)
dwie drużyny ubranych na biało mężczyzn walczą o to, która pierwsza zdejmie bykowi
zawiązaną na rogach przepaskę z dwoma frędzlami.
Pełen życia spektakl daje kolejną okazję do długiego i radosnego świętowania.
Zresztą wystarczy poczytać ogłoszenia na słupach i tablicach, by odnieść wrażenie, że Prowansja
jest miejscem nie kończącej się zabawy. Kulturę i urok regionu przybliżają liczne festyny, obchody świąt
lokalnych i narodowych, festiwale muzyczne, artystyczne i wreszcie
jarmarki kulinarne, których jest chyba najwięcej – związane z
dojrzewaniem najważniejszych warzyw, poświęcone lokalnym serom,
kiełbasom, oliwie, tapenadzie, lawendzie, miejscowym truflom czy też
hucznie świętowane winobrania.
Podobnie jak cotygodniowe targi, takie imprezy dają możliwość prawdziwego poznania Prowansji
,
jej mieszkańców i ich zwyczajów oraz tego, co tutaj najważniejsze –
regionalnej kuchni, jej kolorów, intensywności zapachów i smaków.
Lawendowe ple uprawne w Prowansji
Niech ta fajna wirtualna wycieczka będzie dla Was natchnieniem i zachętą do stworzenia pięknych prac na nasze wrześniowe
wyzwanie w DIY - inspirujemy się paletą kolorystyczną, która co prawda bardziej nawiązuje do wrzosowisk niż lawendowych dywanów ale to Wasza wyobraźnia wytycza ścieżki kreatywności - zaszalejcie z kolorkami i zaskoczcie nas pomysłami - serdecznie zapraszam :-)))
Inka